Z cyklu New Challenge on Tour

Naszą podróż do Złotych Piasków rozpoczęłyśmy od wyruszenia pociągiem z Krakowa do Poznania. Podróż trwała blisko 6 godzin, podczas których znalazłyśmy sobie kompana do rozmów 😉 a Pan Konduktor dzielnie odpowiadał na pytania w stylu „ Czy jest tu kontakt?”, „Czy w tym pociągu jest wars?”. Po jego częstych odwiedzinach było ewidentnie widać, że bardzo nas polubił. Gdy wysiadłyśmy z pociągu na Dworcu Głównym w Poznaniu ruszyłyśmy na poszukiwanie taksówki, aby dostać się na lotnisko.

Bardzo miły Pan kierowca szybko zawiózł nas do Portu Lotniczego, po drodze opowiadając o sytuacji politycznej, która w tym czasie była dość napięta 😉 Po spędzeniu kilku godzin na lotnisku, wypiciu kawy, zjedzeniu tarty (nawet upragniony kontakt się znalazł) i przejściu odprawy nareszcie siedziałyśmy w samolocie do Bułgarii. Do ostatniej chwili wierzyłam, że podczas lotu uda mi się złapać trochę snu. Jednak jak to zwykle bywa życie weryfikuje Nasze plany, a w tym przypadku Pani Madzia, która dbała o to, aby moje oczy przypadkiem nie były zamknięte dłużej niż 2 sekundy ;). Rano wylądowałyśmy na lotnisku w Burgas, przeszłyśmy kontrolę paszportową, znalazłyśmy Naszego kierowcę i udałyśmy się do celu Naszej wyprawy. Po drodze nawet udało Nam się namówić Pana kierowcę na zatrzymanie się przy plaży i wypicie kawy (oczywiście po kilku obietnicach z Naszej strony, że jego szef nie dowie się o Naszym małym postoju). Gdy dotarłyśmy do Hotelu Zdravets pogoda była cudowna, niebo błękitne, a ludzie wkoło opaleni i zadowoleni. Jeżeli ktoś myślał, że wreszcie odpoczniemy to się pomylił … Dostałyśmy kilka minut na zakwaterowanie, wypicie kawy i właśnie miał się rozpocząć Nasz „Rajd po hotelach” w tym pięknym kurorcie.

Uzbrojone w notatniki, długopisy i aparat fotograficzny ruszyłyśmy na zwiedzanie hoteli (niektórzy zwiedzają zabytki i inne atrakcje, my jednak jesteśmy oryginalne i zwiedzamy hotele ;)) Jak przystało na porządne Jury przygotowałyśmy tabelki z wyszczególnionymi rzeczami do oceny w skali od 1 do 10. Oceny były tajne, abyśmy mogły je porównać później. Jeździliśmy od hotelu do hotelu, oglądając pokoje, restauracje, strefy spa, wellness, sale konferencyjne itp., cały czas dzielnie robiąc notatki, zdjęcia, a co najważniejsze oceniając wszystkie miejsca. Przyznam się szczerze, że nie wiedziałam nawet, że do tego trzeba mieć nie lada kondycję, a Nasz przewodnik niczym Trener Personalny pilnował czasu oraz planu. W pewnym momencie zaczęło Nam brakować skali ocen, gdyż każdy kolejny hotel zachwycał Nas bardziej niż poprzedni. Trzeba przyznać, że hotele w Złotych Piaskach robią wrażenie, są nowoczesne, luksusowe i nie można narzekać na brak udogodnień dla Gości. W każdym z nich byłyśmy przyjmowane bardzo serdecznie, a personel z chęcią odpowiadał na wszelkie Nasze pytania. Po obejrzeniu pierwszej części hoteli dostałyśmy zgodę na powrót do Naszego hotelu i obiad (pewnie dlatego, że Nasz przewodnik w przedostatnim hotelu usnął na sofie w lobby 😉 ). Po zjedzeniu bardzo dobrego obiadu i kilku owoców, miałyśmy czas dla siebie przed kolejną turą zwiedzania. Można sobie tylko wyobrazić jakie było moje zdziwienie, gdy o umówionej godzinie zeszłam do recepcji, a tam nie było śladu po Pani Madzi, która odpłynęła na chmurce w krainę snu. Na szczęście Nasz gospodarz czuwał nad wszystkim i wszczął alarm niczym w jednostce straży pożarnej podczas pożaru. Po kilku minutach wszyscy zwarci i gotowi ruszyliśmy oglądać kolejne budynki hotelowe. Byłyśmy zmęczone niczym po całym dniu spędzonym na siłowni (nigdy tyle czasu tam nie spędziłam, ale wyobrażam sobie, że ludzie po spędzeniu w niej całego dnia czują się tak jak ja po Naszym maratonie hotelowym). Wracając do hotelu już widziałam siebie kładącą się do łóżka i zasypiającą, ale jak się szybko okazało nie było mi to dane. Po kolacji i utwierdzeniu się w przekonaniu, że sen jest dla słabych dostałyśmy 2 godziny na przygotowanie się na wieczorne wyjście. Przystankiem numer 1 na Naszej wieczornej trasie był Daiquiri Cocktail Bar. Świetne, kolorowe miejsce z fantastyczną i wesołą obsługą. Warto od Niego zacząć wieczorny clubbing. Mnóstwo tutaj na ścianach tabliczek ze „złotymi myślami” klientów (do dziś zastanawia mnie jednak fakt, co na jednej ze ścian pod samym sufitem robiły przyklejone klapki), niskie ceny, pyszne koktajle, a przy barze można siedzieć na huśtawkach. Po pierwszej godzinie zdobyłyśmy tam już nowych przyjaciół J. Przystankiem numer 2 była największa dyskoteka w kurorcie – Arrogance Music Factory. Pod jednym dachem znajduje się 5 sal z 5 różnymi gatunkami muzycznymi. Oczywiście my ulokowałyśmy się w najlepszym miejscu (strefa V.I.P), gdzie pod czujnym okiem ochrony spędziłyśmy fantastycznie czas bawiąc się przy świetnej muzyce. Jednak wszystko co dobre szybko się kończy i nadszedł czas powrotu do hotelu, aby przespać całe 3 godziny (tyle wygraćJ).

Po pysznym śniadaniu (Pani Madzia poleca bułgarskie pomidory) nadszedł czas na rundę drugą tej nierównej walki My vs. Hotele. Ku mojemu zaskoczeniu dostałyśmy wolne popołudnie więc niczym normalne turystki udałyśmy się na spacer po kurorcie pilnując skrupulatnie, by nie pominąć żadnego sklepu z ubraniami ;). Później poszłyśmy na złocistą plażę, aby zażyć kąpieli wodnych i słonecznych. Po spędzeniu jakiegoś czasu na pływaniu uznałam, że przyszedł czas na opalanie. Zadowolona z siebie położyłam się na leżaku, a Pani Madzia postanowiła pospacerować po brzegu. Jak się okazało po jej powrocie zasnęłam nie zważając na to, że koło mnie leżą Nasze rzeczy, klucze itd., nie pilnowane przez nikogo.
W prawdzie nic im nie groziło, bo były sprytnie ukryte pod białym ręcznikiem na leżaku o tej samej barwie (tak sobie to tłumaczę). Po wieczornej kolacji udałyśmy się tym razem same do Naszych przyjaciół z Daiquiri Cocktail Bar. Nie zdążyłyśmy jeszcze przekroczyć progu, a już cała ekipa pracująca tam witała nas z uśmiechami na twarzy (gdzie się człowiek nie ruszy tam sami znajomi ;)). Dość wcześnie wróciłyśmy do hotelu, ponieważ rano wyruszałyśmy na podbój Stambułu.

1bosfor

Po 7 godzinnej podróży dotarliśmy do Naszego hotelu, jeden z pracowników recepcji wykazał się wyjątkową przenikliwością i talentem do oceny ludzi (po moim wejściu i jednym uśmiechu ze 100% trafnością stwierdził, że jestem miłą osobą). Pamiętajcie, że będąc w Stambule nie wolno pić wody z kranu (wprawdzie Pani Madzia tą próbę przeżyła, ale po co ryzykować ;)). Na kolację udaliśmy się do pobliskiej restauracji, gdzie spróbowałyśmy lokalnej kuchni i zobaczyłyśmy pokaz tradycyjnych tańców tureckich, w tym tańca brzucha. Na koniec właściciel restauracji przygotował specjalnie dla Nas niespodziankę … Ową niespodzianką było wywołanie Nas na scenę, gdzie miałyśmy dokończyć śpiewać „Szła dzieweczka”. Zapewne przez Nasze wzruszenie, zaskoczenie i wątpliwy talent muzyczny po pierwszej zwrotce zapomniałyśmy słów tej biesiadnej piosenki. Po tej kolacji pełnej wrażeń wróciliśmy do hotelu, aby nabrać sił na kolejny dzień.

2befunkycollage

Rano, tuż po śniadaniu, w lobby czekał już Nasz cudowny przewodnik Mahmed. Zabrał Nas w niesamowitą podróż po świecie orientu… Najpierw udaliśmy się na plac, gdzie dawniej znajdował się Hipodrom, tam też pod murami Błękitnego Meczetu wypiłyśmy najprawdziwszą turecką kawę i nawet zasłużyłyśmy na ciasto po udzieleniu prawidłowej odpowiedzi na pytanie zadane przez Mahmeda. Następnie weszłyśmy do Błękitnego Meczetu, ubrane niczym muzułmańskie kobiety (podobno wyglądałam super i nadawałabym się na żonę, cokolwiek to znaczy J). Przyszedł czas na zobaczenie Hagii Sophii, do której w długiej kolejce czekało mnóstwo ludzi, którą Nam, dzięki magicznym zdolnościom Mahmeda udało się ominąć. Następnie Mahmed zabrał Nas na Targ Egipski, gdzie spróbowałyśmy wyśmienitej herbaty i słodyczy, a także dostałyśmy po paczce aromatycznej kawy. Dosłownie biegiem między ludźmi, samochodami i autobusami dotarliśmy do portu nad rzeką Bosfor aby wypłynąć w rejs. Zakończył się on po azjatyckiej stronie Stambułu gdzie musieliśmy wsiąść do metra i pod rzeką wrócić na europejską stronę. Podobno w planie był lot helikopterem, ale Nasz przewodnik zrozumiał, że po tylu atrakcjach oglądanie miasta z lotu ptaka było ponad nasze siły… Wieczorem poszliśmy na kolację, na której miałyśmy okazję spróbować prawdziwego kebaba, a nie jakiegoś podrabianego w bułce ;). Po powrocie do hotelu poszliśmy spać, gdyż rano po śniadaniu czekał nas powrót do Złotych Piasków. Byłabym zapomniała o najważniejszym – miałyśmy okazję jechać taksówką (zdecydowanie nie polecam!), całe życie przeleciało mi przed oczami … Wieczorem już w Złotych Piaskach wybrałyśmy się ponownie do Arrogance Music Factory. W związku z tym, że torebka przeszkadzała mi w tańcu, położyłam ją obok stolika, przy którym tańczyłam. Moja logika: czarna torebka, a w dyskotece ciemno to na bank nikt jej nie zauważy… Jasne, złodzieje mają sokoli wzrok i tajemną moc widzenia w ciemności, więc skończyło się inaczej niż na plaży … Do hotelu wróciłam więc lżejsza o parę groszy i to nie z powodu rozrzutności czy szalonych cen na barze. Ale były też miłe niespodzianki, a mianowicie w klubie wpadłam na kolegów z Krakowa (świat jest jednak mały! J)

3stambul

Następnego dnia, który był niestety ostatnim, udałyśmy się na spacer po kurorcie i plaży. W drodze na plażę zaczepił Nas jakiś Pan, który dosłownie na siłę wsadził mnie na konia… Nie ważne, że prawie z niego spadłam, bo Pana mało to obchodziło. Ważniejszy był fakt, że jak zwykle zostałam naciągnięta przez osobnika płci przeciwnej (biednemu zawsze wiatr w oczy). Spacer zakończyłyśmy w kawiarni na małej Wieży Eiffla, gdzie podziwiałyśmy widoki delektując się kawą. Natomiast na obiad poszłyśmy do pobliskiej restauracji, gdzie spróbowałyśmy rekina. Po całodziennym relaksie ruszyłyśmy ostatni raz w miasto aby pożegnać się z przyjaciółmi z Daiquiri Cocktail Bar. Rano kierowca odwiózł Nas na lotnisko do Burgas, gdzie po przejściu odprawy udałyśmy się do hali odlotów. Jak można się domyślić, nie mogło być spokojnie J. Pomijając fakt, że czekałyśmy na samolot w innej części poczekalni niż reszta ludzi, to zostałyśmy wywołane przez megafon. Wszystko to za sprawą Pani Madzi, która boi się latać. Nagle stwierdziła, że chce zobaczyć jak samoloty startują, więc stałyśmy i patrzyłyśmy tak dopóki nie zaczęli Nas wywoływać. Ciekawe, czy jakby Nasz samolot poleciał bez Nas, to też stałybyśmy takie zadowolone patrząc jak wzbija się w powietrze. Siedząc już w samolocie myślałam, że reszta podróży minie w spokoju. Nic bardziej mylnego, otóż już nad Poznaniem zaczęłam się godzić z myślą szybkiego końca i tego że Goliat zostanie sierotą (Goliat to 5 kg mojego szczęścia pod postacią Sznaucera Miniaturki). Nagle wszystkie stewardessy zniknęły z pola widzenia, a samolot zaczął pikować w dół… Jak kocham latać, tak wtedy byłam przerażona. Do tego Pani Madzia siedząca po mojej prawej stronie ze stoickim spokojem pyta się mnie „Karola wszystko ok?”. Wiedziałam, że jak odpowiem, że nie ok to zacznie panikować, natomiast jeśli powiem, że ok, to patrząc na moją minę nie kupi tego. W związku z tym najlepszym wyjściem było nic nie mówić, przeczekać sytuację z nadzieją na poprawę i dopiero wtedy powiedzieć, że już ok J. Na szczęście sytuacja wróciła do normy i bezpiecznie wylądowaliśmy w środku ulewy na lotnisku w Poznaniu. Stamtąd po przejściu kontroli paszportowej pojechałyśmy taksówką do centrum miasta. Z racji tego, że odwołali Nam wszystkie pociągi na trasie Poznań – Kraków (gdzieś na tory spadły drzewa i w środku lasu utknął pociąg, który blokował przejazd), skazane na podróż autokarem, który odjeżdżał wieczorem udałyśmy się na miejscowy Rynek. Załapałyśmy się na pokaz gotowania na żywo paelli w hiszpańskiej restauracji. Podenerwowałyśmy trochę Pana kelnera (w końcu to nie Nasza wina, że gotować nie umieją), ale przyszedł czas aby wrócić na Dworzec Autobusowy. Czekając na autokar oczywiście oberwało Nam się od jakiejś starszej kobiety za to, że się śmiejemy … (pewnie nie wie, że śmiech to zdrowie). Poza tą jedną (dziwną) kobietą reszta towarzyszy podróży jak zwykle Nas pokochała z kierowcami na czele i reszta drogi upłynęła w spokoju i pełnej harmonii. Do Naszego ukochanego Krakowa przyjechałyśmy nad ranem, a starsza Pani musiała jechać do Zakopanego bo przespała swój przystanek (jak widać karma wraca).

Naszą podróż wspominam z łezką w oku i uśmiechem na twarzy, ponieważ była pełna przygód, cudownych ludzi, miejsc, uśmiechu i słońca. Najlepsze jest w tym wszystkim to, że to nie ostatnia Nasza podróż, a relację z kolejnych będziemy zamieszczać na bieżąco. Przed Nami Albania, Chorwacja a może i Cypr 🙂 .